Szydełko, Ubrania i akcesoria

Drugi szydełkowy szalik.

Listopad dla mnie mógłby w ogóle nie istnieć. Co prawda w grudniu też jest ciemno, ale wizja zbliżających się Świąt i coraz liczniejsze ozdoby na ulicach nastrajają pozytywnie. A listopad najchętniej bym przespała. Późnojesienne deszcze i związane z nimi skoki ciśnienia sprawiają, że mój poziom energii i chęci do czegokolwiek spada niemal do zera. Na szczęście na szydełkowanie zawsze znajdę ochotę i dzięki niemu mogę jakoś przetrwać ten okres 😉

Pierwszy szalik, jaki zrobiłam na szydełku mogliście zobaczyć w tym wpisie. Niestety zgubiłam go, nawet nie wiem gdzie, wsiąknął we wrocławskie ulice. Było go szkoda, bo to pierwsza szydełkowa praca, jaką zrobiłam, a do takich rękodzielnik ma ogromny sentyment, nawet jeśli nie są do końca doskonałe… Musiałam zrobić sobie nowy, przy okazji chciałam, żeby tym razem był dużo cieplejszy.

Wybrałam włóczkę Sheepjes Our Tribe nr 961 o składzie 70% wełny merino (jedyna, która mnie nie gryzie) i 30% poliamidu w cudownej jesiennej kolorystyce. W czerwienie, żółcienie i szaroniebieski wpleciony jest piękny wrzosowy fiolet. Na całość potrzebowałam dokładnie dwóch motków razem z obrobieniem i frędzlami. Wzór zaczerpnęłam z Małej Diany Extra nr 3/2018 (strona 28 gdyby ktoś był ciekaw).

Wzór składa się głównie z łańcuszka i pęczków słupków, więc szalik rósł bardzo szybko. Po pierwszych kilkudziesięciu centymetrach mogłam już dziergać z pamięci i nie musiałam co chwilę zerkać do gazetki. Wpadłam w przyjemny, automatyczny stan, może nawet pewien rodzaj medytacji. Ręce same się poruszały, a myśli mogły krążyć wokół najróżniejszych spraw i układać się w głowie w odpowiednich szufladkach.

Okazało się, że to był błąd. Wełniane włóczki nie lubią pomyłek. Pojedyncze nitki zahaczają się pomiędzy sobą i sprucie więcej niż pół rządka było właściwie niemożliwe. Musiałam ciąć klnąc w duchu aż do miejsca, w którym się pomyliłam. Potem zostały dodatkowe końcówki do wrobienia, przez co wiem, że zaliczyłam pięć takich akcji 😉 Uciętych kawałków włóczki nie wyrzucałam, tylko wykorzystałam przy frędzlach.

Od kilku miesięcy zbieram się do napisania wpisu o moim planowaniu. Ciągle to odkładam, ponieważ nie jestem pewna czy ktoś w ogóle będzie tym zainteresowany, a po drugie koncepcja zmienia mi się z tygodnia na tydzień. Jestem coraz bliżej stałego systemu, więc nie ma co czekać, tylko spróbować 😉 Na rozgrzewkę będzie wstęp, w którym pokażę Wam jak przeszłam z klasycznego kalendarza do plannera, który sama sobie tworzę (wymyślanie nowych układów strony i tabelek stało się niemal kolejnym hobby). Przy pomyślnych wiatrach pojawi się jeszcze w tym miesiącu.

Trzymajcie się i do następnego wpisu! 🙂