Planowanie, Z życia rękodzielnika

Marzec w bullet journal. Planowanie rękodzielnika cz. 3

Zapraszam na kolejny, obiecany post z cyklu o planowaniu. Trochę się u mnie w tym zakresie pozmieniało przez ostatnie dwa miesiące. Dostałam pod choinkę książkę autorstwa twórcy metody bullet journal, Rydera Carolla. Po angielsku, bo nie mogłam już się doczekać polskiego tłumaczenia. Angielski znam bardzo dobrze, ale znaczenia wielu słów musiałam domyślać się z kontekstu, co było czasem niezłym wyzwaniem w miejscach, gdzie nieznanych zwrotów nagromadziło się więcej. Pod wpływem lektury powróciłam do dniówek (które będą w następnej części) a także zmieniłam sposób notowania. Ryder radzi, żeby pisząc mieć na uwadze siebie z przyszłości. Chodzi o to, żeby zapiski były zrozumiałe nawet gdy wróci się do nich za kilka lat. Zamieniłam także organizer A6 na notes A5. Planowanie w organizerze miało dwie poważne wady. Wystające ringi przeszkadzały w pisaniu i rysowaniu. Wyciągnięte wkłady w kropki trzymałam w pudełku, przez co cofnięcie się do dawniejszego miesiąca wiązało się z przerzucaniem stosu pojedynczych kartek. Na dodatek duża część internetowych inspiracji jest dla większych formatów, zaczynał mi też doskwierać brak możliwości wypisania w pionie wszystkich dni miesiąca.

Pomyślałam, że warto pokazać z czego korzystałam tworząc marcowe strony zanim je zaprezentuję. Do ozdabiania używam naklejek od ogarniete.pl. Mogłabym rysować w bujo sama, ale nie chcę spędzać mnóstwa czasu na tworzeniu rozkładówek. Wybrałam arkusz z kwiatami i flamingami (co chyba wyraża oczekiwanie na wiosnę). Korzystam też z pastelowych kropek i flag, które pasują do zestawów zakreślaczy i cienkopisów Stabilo. Żeby sobie nie komplikować życia i nie musieć nosić ze sobą wszystkich pisadeł, wymyśliłam, że każdy miesiąc będzie miał swój kolor przewodni. Po błękitnym lutym w marcu przyszedł czas na fiolet 😉

Strasznie mi się podoba geometria tego zdjęcia

Nowy notes firmy Antra, czyli jedna z tańszych opcji na rynku, zajmuje taką samą powierzchnię co organizer. Jest dużo cieńszy (to na plus), nie posiada mnóstwa kieszonek (to na minus), ale po zmniejszeniu ilości używanych naklejek nie będą mi potrzebne. Papier o gramaturze 80g/m2 trochę prześwituje. Może kiedyś, jak będzie mnie stać, skuszę się na jeden z droższych notesów z piękną okładką i grubszym papierem… Do koszyka dorzuciłam zestaw cienkopisów Micron. Często je widziałam na buletżurnalowych zdjęciach i wśród polecanych artykułów. Całkiem słusznie, świetnie się nimi pisze i rysuje, nie rozmazują się potraktowane zakreślaczem, co było zmorą przy starym cienkopisie. Zestaw uzupełnia najzwyklejszy czarny długopis oraz ołówek i gumka. Korzystałam z nich na początku gdy wymyślałam nowe układy stron- w końcu nie miałam już możliwości wyciągnięcia nieudanej kartki.

Bullet journal zaczyna się przywitaniem roku, które wycięłam z kartki z organizera i przykleiłam dwustronną taśmą. Kolejne cztery strony przeznaczyłam na indeks, to co dotyczy danego miesiąca zakreśliłam odpowiednim kolorem.

Z góry uprzedzam, że pustki w tabelkach nie oznaczają, że ich nie uzupełniam. Zdjęcia do wpisu robiłam drugiego marca, więc widzicie stan z tamtego dnia. Planowałam pokazać miesięczną rozkładówkę w starej i nowej wersji, ale zawierają praktycznie te same elementy. Różnica jest taka, że to co wcześniej zajmowało dwie strony teraz mieszczę na jednej. Na początku umieściłam dużą naklejkę z nazwą miesiąca. Wcześniej otaczałam ją innymi naklejkami i rysunkami. Teraz próbuję czegoś nowego. Zostawiłam pustą przestrzeń, żeby wypełnić ją dobrymi wspomnieniami. W poprzednich miesiącach miałam na nie osobną listę. Na zdjęciu widać pierwszy zapis (w tej chwili są trzy). Odwiedzili nas moi Rodzice z bratem i wybraliśmy się razem na świdnicką wieżę ratuszową 🙂

Po stronie „tytułowej” znajduje się miesiąc w układzie kalendarzowym, który jest dla mnie bardziej czytelny, a poniżej lista do wpisywania ważnych wydarzeń. Spontanicznie zakreskowałam niedziele na szaro, co okazało się złym pomysłem, bo przez to słabo widać napisy.

Dalej jest miejsce na piorytety, czyli najważniejsze zadania. Wynikają one z rocznych celów, ale nie tylko. Przygotowanie spotkania o uczuciach, które najpierw wpisałam na liście pozostałych rzeczy do zrobienia, później określiłam jako piorytet (i teraz jest w dwóch miejscach…). Mały kalendarz z grafikiem pracy jeszcze nie jest uzupełniony. Pracuję na dwie zmiany i muszę je uwzględniać przy planowaniu np. obiadów czy też robienia zdjęć na bloga. Obok znajduje się mała checklista wpisów blogowych oraz postów o nich w social mediach. Od jakiegoś czasu staram się tworzyć dwa wpisy w miesiącu, z różnym skutkiem. Na liście jest też Pinterest, ponieważ mam zamiar niedługo założyć na nim konto. Trochę się obawiam, bo słyszałam, że jest kopalnią inspiracji, która łatwo może pochłonąć 😉

Na kolejnej stronie mieści się mała tabelka wydatków, rozpiska prac domowych oraz tracker nawyków. Na podstawowe rzeczy jak rachunki czy jedzenie wydajemy w miarę stałe kwoty, zapisuję tylko dodatkowe zakupy (książki, ubrania czy kolejne koralikowe zamówienie). Ułatwia mi to zorientowanie się czy nie zaczynam za bardzo szastać pieniędzmi i trzeba przystopować. Prace domowe to głównie podlewanie. Różne rodzaje roślin nawadniam z różną częstotliwością i można się w tym pogubić. Zaznaczyłam też kiedy wymienić pościel, ręczniki i filtry do wody, o czym łatwo zapomnieć w codziennym ferworze. Moje nawyki to niekoniecznie czynności, które wykonuję codziennie (chyba nie dałabym rady odhaczyć wszystkich w jeden dzień), ale chciałabym robić je w miarę regularnie. Na następnej stronie znajduje się tabelka, w której zamierzam planować wpisy w social mediach. Chciałabym, żeby były bardziej systematyczne. Zobaczymy, czy zebranie wszystkiego w jednym miejscu w tym pomoże.

I to już wszystko jeśli chodzi o rozplanowanie miesiąca. Staram się, żeby było jak najbardziej funkcjonalne, bez zbędnych elementów. W tym przypadku dość długo wszystko rozrysowywałam, ponieważ musiałam wymyślić układ stron od nowa. Myślę, że bez fazy projektowania wyrobiłabym się w jeden wieczór.

Trzymajcie się i do następnego wpisu! 🙂