Planowanie, Z życia rękodzielnika

Od kalendarza do bullet journal. Planowanie rękodzielnika cz. 1

Wiedziałam, że jak coś obiecam, to będę musiała się potem tłumaczyć. Pierwszy wpis o planowaniu miał się ukazać jeszcze w listopadzie, a tu jak widać grudzień zdążył się rozpocząć. Nie wzięłam pod uwagę ilości zdjęć do przejrzenia i obrobienia, a wcześniej przekartkowałam wszystkie kalendarze i plannery, żeby znaleźć odpowiednie strony do pokazania.

No więc rozplanowanie pracy nad tym wpisem dalekie było od ideału. To tylko oznacza, że jeszcze sporo muszę się nauczyć. Wciąż próbuję nowych rzeczy, wymyślonych lub znalezionych w sieci (przeważnie jedno splata się z drugim). Mój planner z każdym miesiącem wygląda inaczej. Jest to dla mnie największy plus prowadzenia bullet journala- elastyczność i możliwość dopasowania do własnych potrzeb. Odkąd odkryłam ten system bardzo mi pomaga także w sferze robótkowo-socialmediowo-blogowej, więc pomyślałam, że warto zrobić o nim cykl postów. W kolejnych częściach skupię się na planowaniu z punktu widzenia rękodzielnika-hobbysty, w tym wpisie chciałabym opowiedzieć jak to się stało, że przeszłam od zwykłych kalendarzy do słynnych kartek w kropki.

Już w czasach szkolnych korzystałam z kalendarzy. Co roku kupowałam nowy lub dostawałam od Mamy (bo był dodatkiem do gazety). Zależało mi na małym formacie, ponieważ codziennie nosiłam go ze sobą i na bieżąco zapisywałam terminy sprawdzianów lub do kiedy trzeba przynieść zaliczkę na szkolną wycieczkę. Czasem notowałam też ważne wydarzenia. Rodzice do dziś opowiadają znajomym jak to przed maturą sama rozpisałam kilkumiesięczny plan powtórek, trzymałam się go, a potem zdałam z niezłym wynikiem. Teraz jak o tym pomyślę, to był mój pierwszy długoterminowy cel 😉 Po studiach zdarzało się wpisywać zadania do wykonania, ale i tak większość dni w kalendarzu zawierała jedynie godzinę na którą miałam do pracy.

Obowiązków związanych z dorosłym życiem przybywało. Zdarzało mi się zapominać o ważnych rzeczach, albo co gorsza umawiać się na dwa spotkania w tym samym terminie… Teraz wiem, że był to jeden z objawów niedoboru hormonów tarczycy. Zajmując się pracą i domem brakowało mi czasu dla siebie, na swoje zainteresowania. Założyłam bloga, a wraz z nim konta na facebooku i instagramie. Potrzebowałam narzędzia do ogarniania rzeczywistości, zwykły kalendarz wydał mi się niewystarczający. Zaczęłam szukać darmowego plannera w internecie, ponieważ nie chciałam kupować czegoś, z czego być może przestanę korzystać po miesiącu. Najbardziej odpowiadał mi ten, który znalazłam na stronie Design Your Life (nie wiem czy wciąż jest dostępny). Nie miał dat, więc mogłam rozpocząć planowanie w każdej chwili (a była prawie połowa roku). Podobały mi się szczególnie sześciokątne okienka na tygodniowe cele i sporo miejsca w każdym dniu na zapiski. Okazało się, że zbyt sporo. Notowałam za dużo zadań i później frustrowałam się, że nie udaje mi się wszystkiego osiągnąć. Nie wykorzystywałam całej przestrzeni i znów większość kalendarza świeciła pustkami…

Powróciłam do poszukiwań w odmętach internetu. Nic mi nie odpowiadało. Albo czegoś było za dużo albo za mało. Pomyślałam o stworzeniu własnego plannera. W końcu kiedyś liznęłam grafiki wektorowej, zrobienie paru napisów i tabelek nie powinno być trudne. Kupiłam maleńki organizer, żeby mieścił się w torebce. Z tego powodu musiałam zdecydować się na układ jednego dnia na stronie. Zaprojektowałam też specjalne strony na planowanie kolejnych rękodzielniczych prac i wpisów na bloga. Na początku każdego miesiąca znalazło się miejsce na cele z listą małych kroków potrzebnych do ich osiągnięcia, a także strona na zapisywanie wydatków. Projektowanie, a potem odpowiednie drukowanie, dziurkowanie i składanie zabrało o wiele więcej czasu niż podejrzewałam. Po paru miesiącach okazało się, że nadal czegoś brakuje, w dniówkach jest zbyt dużo miejsca, a zwykły papier od drukarki jest za cienki. Pamiętając ile własny planner wymagał wysiłku na drugi projekt już się nie porwałam…

W końcu zdecydowałam się na wydatek i zakupiłam organizer Miss Planner w rozmiarze A6 z wkładem na cały rok w układzie tygodniowym, który wpadł mi w oko podczas poprzednich poszukiwań. I to był strzał w dziesiątkę. Zawierał większość potrzebnych stron: skrót roku, kalendarz miesięczny, miejsce na cele i listy to do, tabelki do śledzenia nawyków i wydatków. Na dwóch stronach mieścił się cały tydzień, co było bardzo wygodne. Wystarczył rzut oka, żebym wiedziała, co mnie czeka w nadchodzących dniach, w których było miejsce akurat na najważniejsze sprawy i nie zapełniałam ich niewykonywalnymi zadaniami. Akurat była promocja i do każdego zestawu dodawany był wkład w kropki. Mogłam go wykorzystać na to, czego brakowało np. comiesięczne blogowe wpisy, plan wakacji, spis rzeczy do spakowania, lista elementów, na które należy zwrócić uwagę przy szukaniu mieszkania… Dzięki temu, że planner miał formę organizera, pomiędzy gotowe strony mogłam swobodne wpinać własne. Nadal z niego korzystam z tą różnicą, że po jakimś czasie przerzuciłam się całkowicie na kropeczki, ale to już temat na kolejny wpis…

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam swoją historią. W kolejnych postach z tej serii będzie więcej konkretów i metod planowania, więc mam nadzieję, że będą ciekawsze, a także przydatne.

Trzymajcie się i do następnego wpisu! 🙂